EN/DE/FR УКР/РУС KONTAKT

Podkarpacie - zbuntowany region

W lutym ulicami Rzeszowa przeszła kilkutysięczna manifestacja zdesperowanych pracowników stalowowolskich zakładów pracy. Niestety – poza poselskimi obiecankami i bezczelną wypowiedzią wiceministra skarbu państwa – sensownej odpowiedzi ze strony przedstawicieli władzy nie było słychać. Póki co jedynym skutkiem robotniczego protestu jest szacowanie strat, jakie w postaci "poniszczonej elewacji i rozbitych szyb" poniósł Rzeszowski Zakład Energetyczny.

Spotkanie Wojewódzkiej Komisji Dialogu Społecznego na niewiele się zdało, a z Warszawy dotarła mglista obietnica powołania "pełnomocnika ds. Stalowej Woli". Przypomnijmy, że 42-procentowa podwyżka cen prądu ostatecznie dobiła wiele podkarpackich firm. Kryzys się pogłębia, tymczasem rząd jedynej recepty upatruje w wyćwiczonym do bólu fiskalizmie i tnie koszty czego się da. Na publiczną pomoc dla padających przedsiębiorstw, tradycyjnie raczej nie ma co liczyć. Tuskoland okazuje się bardziej neoliberalny niż rządy Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych, które w dobie gospodarczej zapaści potrafią nieco odejść od sztywnego doktrynerstwa. Wiele wskazuje na to, że zbliżająca się wiosna może być w widłach Wisły i Sanu wyjątkowo gorąca...

Stalowa Wola
Sytuacja w Stalowej Woli zaczęła się widocznie pogarszać już przed kilkoma miesiącami, kiedy zaczęli zawodzić importerzy produkowanego tu ciężkiego sprzętu budowlanego i drogowego. Nikt tak na prawdę nie jest też pewien rządowych gwarancji zamówień na wytwarzany w hucie sprzęt wojskowy. W sytuacji braku rzeczywistej polityki antykryzysowej państwa i pogarszającej się sytuacji firmy, pracownicy Huty Stalowa Wola zgodzili się na czterodniowy tydzień pracy, co w praktyce oznacza obcięcie zarobków średnio o 500 złotych. Najgorsze nadeszło jednak wraz z nowym rokiem. Od 1 stycznia rachunki za prąd zużywany przez podkarpackie zakłady, wzrosły o... 43 procent! Dla i tak pogrążonych w coraz większym kryzysie przedsiębiorstw oznaczało to tylko jedno - drastyczny wzrost kosztów i widmo bankructwa. Nie pomogły petycje i apele. W Stalowej Woli powstał Międzyzakładowy Komitet Protestacyjny (MKP), zrzeszający siedem największych zakładów pracy miasta. 5 lutego zdesperowani robotnicy kilkudziesięciu autokarami przyjechali do stolicy województwa. Cztery tysiące osób pod siedzibą Rzeszowskiego Zakładu Energetycznego domagało się cofnięcia bądź obniżenia zabójczej dla ich miejsc pracy podwyżki cen prądu oraz podjęcia rzeczywistej polityki antykryzysowej przez państwo. Tak duże manifestacje, Rzeszów ostatnio widział w latach osiemdziesiątych.

Skandowaniu - Złodzieje, złodzieje - towarzyszył huk petard, wycie syren i dym z palonych opon. Po kilkudziesięciu minutach, tłum udał się ulicami śródmieścia pod Podkarpacki Urząd Wojewódzki. Skutki kryzysu nie tylko energetycznego, ale również gospodarczego widoczne są coraz bardziej. Wszystko zależy teraz od tego jak rząd potraktuje naszą manifestację. Jeśli nie przyniesie ona żadnych efektów, pojedziemy do Warszawy - mówił Henryk Szostak, przewodniczący MKP. Na schodach gmachu Urzędu Wojewódzkiego zapłonęły opony i czarna trumna z wymownym napisem: "Przemysł Stalowej Woli". Mimo nalegań protestujących, do manifestantów nie wyszedł wojewoda Mirosław Karapyta (PSL), który - jak potem obwieszczono "miastu i światu" - akurat tego dnia musiał wziąć urlop. Delegację stalowowolan przyjęła jedynie wicewojewoda Małgorzata Chomycz (PO). Rzeczowej odpowiedzi władz nie widać do dziś, a piątkowa (z 13 lutego) wypowiedź pochodzącego z Podkarpacia wiceministra skarbu państwa, Jana Burego, tylko rozsierdziła załogi zakładów regionu. Mówiąc bez zbędnych ozdobników, Bury stwierdził, iż rządowi nic do cen energii, a Stalowa Wola dołuje z braku zamówień. Tymczasem mimo spadku zamówień huta lepiej bądź gorzej, ale jeszcze sobie radziła i prawdziwym "gwoździem do trumny" okazała się dopiero bandycka podwyżka cen energii. Gdyby chodziło o jakiś prywatny interes do ukręcenia, to odpowiedź Burego pewnie byłaby inna. Ale los tysięcy ludzi? To tego pana nie rusza - mówi wprost dwudziestokilkuletni pracownik huty. I nie ma się co dziwić, bo interesy uwłaszczonego na majątku Związku Młodzieży Wiejskiej wiceministra i prezesa podkarpackiego PSL-u są nie tylko na Rzeszowszczyźnie tajemnicą poliszynela. Wygląda na to, że jedyną przekładającą się na realia odpowiedzią na manifestację jest... pozew sądowy przygotowywany właśnie przez prawników Rzeszowkiego Zakładu Energetycznego. Ten będzie domagać się pokrycia skutków "aktów wandalizmu" pod postacią uszkodzonej ponoć przez manifestantów elewacji i wybitych szyb na sumę 60 tysięcy złotych.

Tymczasem sąd w Tarnobrzegu ogłosił już upadłość zatrudniającego tysiąc osób stalowowolskiego Zakładu Zespołów Napędowych (ZZN), w którym większość udziałów posiadała huta. Do firmy wkroczył syndyk. Na dodatek na konta pracowników ZZN zamiast wypłaty za styczeń, wpłynęły... 200-złotowe zaliczki. Zdesperowani pracownicy rozpoczęli okupację biurowca zakładu, w Stalowej Woli odbyła się półtoratysięczna manifestacja.

- W konstytucji zapisano ochronę obywateli. Rząd się z tego nie wywiązuje, bo chce "zaorać Podkarpacie" w zemście za przegrane tu przez PO wybory - można usłyszeć w Stalowej i trudno się dziwić, bo wiele posunięć obecnej ekipy od samego początku na tak prymitywne pobudki niestety wskazuje. Wystraszona determinacji załogi pani syndyk, Anna Brzozowska, zapowiada, że ZZN nadal prowadził będzie działalność gospodarczą. Do końca lutego upadła spółka zatrudniać będzie całą tysięczną załogę. Potem liczba pracowników uzależniona będzie od zamówień, które mają jednak stanowić tylko ok. 30-40 proc. dotychczasowych. Oznacza to, że na bruku znajdzie się pół tysiąca jej pracowników! Tymczasem tylko z samej huty odeszło ostatnio tysiąc osób, a Powiatowy Urząd Pracy w Stalowej Woli dysponuje na dzień dzisiejszy... 23 ofertami na 5 tysięcy oficjalnie zarejestrowanych bezrobotnych! Do tego w większości są to propozycje pracy w gastronomii, a więc dziedzinie dość od metalurgii odległej. Hutnicy mają również do dyspozycji ofertę pracy przy strzyżeniu psów, bądź stylizacji paznokci. Także pozostałe hutnicze spółki już zwalniają ludzi i skracają czas pracy, np. wprowadzając na okres 3 miesięcy trzydniowy tydzień pracy. Huta Stali Jakościowych zaczęła sprowadzać wkład z Białorusi i Rosji i przeszła na pracę wyłącznie w porze nocnej i weekendy, bo prąd jest wówczas tańszy o ok. 30 proc. Tymczasem grupa energetyczna natchniona rządową "zasadą nieingerencji i liberalizacji rynku energetycznego" wniosła do Urzędu Kontroli Energetyki wniosek o zgodę na kolejną, tym razem 15 proc., podwyżkę cen prądu. Teraz miałby ona dotknąć przed wszystkim odbiorców indywidualnych. Konkretów nie przyniosło wymuszone przez pracowniczy protest posiedzenie Wojewódzkiej Komisji Dialogu Społecznego, jakie kilka dni później zwołano do Stalowej Woli. Koalicję rządową reprezentowali na nim szefowa podkarpackiej PO Elżbieta Łukaciejewska i wojewoda Mirosław Karapyta. Mimo zaproszenia nie pojawił się Jan Bury. - Mnie to jakoś nie specjalnie dziwi. Pan Bury przecież nazywa mnie "burzycielem porządku publicznego" - ironizuje prezydent Stalowej Woli i uczestnik rzeszowskiej manifestacji, Andrzej Szlęzak.
 
Krosno, Sanok
Coraz czarniejsze chmury zbierają się nie tylko nad Stalowa Wolą, ale i innymi zakątkami Podkarpacia. Za skutki neoliberalnego barbarzyństwa już zapłacili "robole", zwolnieni m.in. z Fabryki Wagonów w Gniewczynie k. Przeworska czy Alluradu w podtarnobrzeskich Gorzycach. Szczególnie ciężko jest na południu regionu, czyli w Bieszczadach i Beskidzie Niskim. Włoska spółka ATW, produkująca głównie osie do maszyn rolniczych, zatrudniająca 500 pracowników w Zagórzu, grozi przeniesieniem produkcji do Brazylii i Chin. Oficjalnym powodem znów są ceny energii elektrycznej i spadek zamówień (jak może być inaczej, skoro rolnictwo coraz bardziej leży? Już w ciągu ostatnich dwóch miesięcy ATW zwolniła siedemdziesiąt osób. "Wybrukowanie" 500 pracowników zapowiedziały ZPG Stomil i spółka Pass - Pol w Sanoku. Krośnieńskie Huty Szkła zwolniły 1400 osób, a Hutę Szkła Gospodarczego w Tarnowie, której są właścicielem, najpewniej zupełnie zlikwidują.

Ropczyce
Obniżki zarobków i utraty pracy obawiają się także pracownicy Zakładów Magnezytowych w Ropczycach. W ten sposób zapłacić mogą za decyzje zarządu i prezesa tej giełdowej spółki. Po raz pierwszy ropczyckie Magnezyty "po łbie" dostały w listopadzie zeszłego roku, kiedy to Millenium Bank zażądał, by firma w ciągu zaledwie trzech dni zapłaciła 19,5 mln złotych. Wszystko przez umowę, jaką zawarł z bankiem zarząd spółki, a która miała chronić ją przed ryzykiem kursowym. W ostatecznym rozrachunku wygrali na tym bankowi spekulanci. Umowa przewidywała bowiem, że w przypadku spadku wartości złotego, przedsiębiorstwo będzie musiało dostarczyć bankowi Millenium, euro po przeliczniku niższym niż rynkowy. Zarządowi ZM udało się w końcu dojść do porozumienia z bankierami (w przeciwnym wypadku firma musiałaby ogłosić upadłość). Teraz w ciągu pięciu lat spłacić musi 12 mln złotych, z czego 700 tys. już wpłynęło na konto banku. To jednak nie jedyny problem, w jaki wpędziły zakład decyzje zarządu. Zakłady Magnezytowe utworzyły bowiem z Chińczykami spółkę XR Ropczyce Limited. Tak chętnie zawarty interes - jak niektórzy na czas ostrzegali - okazał się totalnym niewypałem. Ropczyckie przedsiębiorstwo utopiło w Chinach 10 mln dolarów w postaci 4- milionowego wkładu finansowego i przekazanej technologii o wartości 6 mln dolarów, tamtejszy partner umowy nie dotrzymał. Teraz Ropczyce sprzedały swoje udziały w chińskiej spółce za 800 tys. dolarów. Nabywcą udziałów wartych nominalnie 10 mln dolarów okazała się inna chińska spółka - Development Company of Haicheng Economic & Technology Zone Co Ltd. Jak zapowiada Józef Siwiec, prezes ZM, firma z Ropczyc nadal zamierza inwestować w rynek chiński.

- Boimy się o swoją przyszłość. Tak na prawdę nie wiemy, co będzie dalej - mówią pracownicy. - Sytuacja zakładu jest krytyczna - potwierdzają nieoficjalnie związkowcy. Tymczasem w oficjalnych komunikatach zarządu "wszystko jest cacy". Cóż i tak zapłaci "robol", a państwo prezesostwo może spać spokojnie, bawić się, brać solidną kasę, no i śnić kolejny chiński sen rzecz jasna. A właściwie już płaci. Fabryka obniżyła bowiem produkcję aż o połowę. Z kolei zarząd tutejszej cukrowni chwali się w lokalnych mediach podniesieniem płac dla pracowników. Niestety, o tym ilu ludzi najpierw wysłano na bruk i ilu jeszcze to czeka, już nie wspomina. Ropczycka cukrownia to największy i najnowocześniejszy zakład tej branży w Europie Środkowej. W 1995 r. Cukrownia "Ropczyce" weszła jako tzw. samodzielna spółka w skład niemieckiego koncernu "Suedzucker". W lipcu 2008 r. odebrano jej osobność prawną, odtąd jest jedynie zamiejscowym zakładem produkcyjnym spółki "Suedzucker" Wrocław. Zwykły wydział produkcyjny można wygasić niemal z dnia na dzień i tego najbardziej obawia się zarówno garstka pracowników, jaka pozostała z dawnej załogi, jak i liczni okoliczni plantatorzy buraków cukrowych.

Dębica
Dębickie Zakłady Opon Samochodowych Stomil wpadły w ręce amerykańskiego koncernu Goodyear, który jednocześnie stał się głównym odbiorcą produkcji spółki, która teraz nosi dumną nazwę Firma Oponiarska (FO) Dębica. FO jest największym zakładem w mieście i zatrudnia obecnie 2800 osób. Jak długo nie wiadomo. Już w minionym roku FO ograniczyła produkcję, a świąteczna przerwa w produkcji trwała od 22/23 grudnia do połowy stycznia. Zarząd nie zapomniał rzecz jasna o świątecznym prezencie dla, narażonej na ciągłe oddziaływanie ciężkiej chemii, załogi i w przeddzień Wigilii wypowiedział zbiorowy układ pracy. Termin wybrał świetny, bo większość pracowników przebywała już na świątecznym przestoju. Tuż po nim, zarząd złożył propozycje, z rodzaju tych "nie do odrzucenia": likwidacji nagród jubileuszowych, obcięcia o połowę dodatków świątecznych (firma pracuje w tzw. ruchu ciągłym), obniżenia odpraw w razie zwolnień o jeden tysiąc złotych za każdy przepracowany rok, włączenie dodatków za pracę w systemie czterobrygadowym do płacy zasadniczej i kilka innych jakże atrakcyjnych propozycji. Tylko jakoś zadowolenia i wdzięczności wśród załogi nie widać. Negocjacje z zarządem prowadzą zakładowe związki, większość pracowników nie wierzy jednak by - jak je nazywają - te "atrapy" mogły coś konkretnego ugrać. W "Stomilu" i Solidarność, i OPZZ nieźle się zawsze z zarządem dogadywały, niestety nie zawsze na korzyść pracowników. Z kolei o istnieniu (?) w FO Solidarności' 80 świadczyć mogą stare plakaty, poza tym nikt nic nie wie.

Choć Dębica to duży ośrodek przemysłowy, to prawdziwą reklamą miasta tak na prawdę zawsze były dwa przedsiębiorstwa - wspomniany już Stomil i Zakłady Mięsne (ZM). Te ostatnie przed niespełna trzema laty padły i w ubiegłym roku zostały wykupione przez Wielkopolską Wytwórnię Żywności Profi z Grabowa nad Prosną, ale czasy prosperity dębickie Mięsne dawno mają za sobą. Zakłady Mięsne w Dębicy powstały w 1927 r., jako Państwowa Wytwórnia Bekonów i jeszcze przed wojną podbiły swoimi wyrobami podniebienia Anglików i Amerykanów.

Warto wspomnieć, że fabrykę budowano z myślą o jej przekształceniu w przyszłości w spółkę, której wyłącznymi udziałowcami mieli stać się pracownicy oraz dostawcy żywca, czyli okoliczni rolnicy. Zapisy te przypomniano kilka lat temu, kiedy toczyła się batalia o prywatyzację ZM. Jednak uznano, że jakieś tam przedwojenne zapisy nie są dziś ważne. Fenomenu polegającego na tym, że w przypadku prywatnych właścicieli fabryk czy kamienic przedwojenne papiery ważne jednak są nie wytłumaczono.

Rządowi magicy ekonomii, dębickie Zakłady Mięsne prywatyzowali bezskutecznie kilkakrotnie, w końcu padły jako spółka skarbu państwa. Bezpośrednim powodem bankructwa były nietrafne inwestycje. Pracownicy firmy wielokrotnie alarmowali, że dzieje się źle. Nie słuchał nikt i dopiero, kiedy firma padła sprawą zajęła się prokuratura. A zajęła się tylko dlatego, że zdesperowani pracownicy zwrócili się o pomoc do częstochowskiego senatora PiS Czesława Ryszki, który trzeba przyznać solidnie zajął się sprawą jako jedyny z poproszonych o to parlamentarzystów. Pisali m.in. o rażącej niegospodarności i mobbingu. Rzeszowska prokuratura mówiła wówczas o całym szeregu działań członków zarządu ZM, które zakwalifikować można jako ewidentne przestępstwo. Wystarczyło jednak kilkanaście miesięcy, by prokuratorzy zmienili optykę i trzech byłych członków zarządu odpowie jedynie za nie zgłoszenie w terminie wniosku o upadłość Zakładów Mięsnych.

Rzeszów
Stosunkowo najmniej skutki systemowego kryzysu odczuwa Rzeszów, co nie oznacza, że do metropolii Podkarpacia nie zawita. Pierwsze symptomy już zaczynają być widoczne - na bruk jeszcze kilka miesięcy temu trafiła grupa pracowników spółki "Pratt & Whitney", czyli dawnej WSK Rzeszów, nie wyklucza się kolejnych zwolnień. Produkcję czasowo zawiesił "Zelmer", w którym już realizowany jest program tzw. "dobrowolnych odejść". Pracę w ten sposób ma stracić ok. stu osób. Ale o sytuacji w Rzeszowie napiszemy przy innej okazji. (rk)

OZZ Inicjatywa Pracownicza
Komisja Krajowa

ul. Kościelna 4/1a, 60-538 Poznań
530 377 534
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
REGON: 634611023
NIP: 779-22-38-665

Przystąp do związku

Czy związki zawodowe kojarzą ci się tylko z wielkimi, biurokratycznymi centralami i „etatowymi działaczami”, którzy wchodzą w układy z pracodawcami oraz elitami politycznymi? Nie musi tak być! OZZIP jest związkiem zawodowym, który powstał, aby stworzyć inny model działalności związkowej.

tel. kontaktowy: 530 377 534
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Kontakt dla prasy

tel. kontaktowy: 501 303 351
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

In english

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.