EN/DE/FR УКР/РУС KONTAKT
tik tok

Przeciwko krótkowzroczności – akcja „3% dla nauki, 100% dla Polski”

Przeciwko krótkowzroczności – akcja „3% dla nauki, 100% dla Polski”

Uczelnia to zakład pracy, który skupia różne grupy zawodowe. To nie tylko pracownicy naukowi, a przede wszystkim dydaktycy, administracja, laboranci, pracownicy techniczni, bibliotekarki i bibliotekarze, specjaliści wsparcia studentów i wiele innych osób, bez których uczelnia po prostu nie działa. Co z nimi w sytuacji, gdy strumień pieniędzy z subwencji ministerialnych kierowany jest w pierwszej kolejności do naukowców-dydaktyków?

W praktyce ta wielość grup oznacza nie tylko hierarchizację prestiżu wewnątrz uczelni, lecz także hierarchizację bezpieczeństwa zatrudnienia, poziomu wynagrodzeń i dostępu do instytucjonalnego wsparcia. Im dalej od działalności punktowanej w systemie ewaluacji, tym częściej praca staje się niewidzialna, niedoszacowana i traktowana jako niepotrzebny koszt. A te nierówności napędza niedofinansowanie całego sektora edukacji wyższej w Polsce.

Pieniędzy na szkolnictwo publiczne brakuje. I rozumieją to wszyscy, także nasi szefowie. Jak napisano w „Stanowisku Zgromadzenia Plenarnego” Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (dokument z 27.11.2025):
Z zaniepokojeniem przyjmujemy projekt budżetu państwa na 2026 rok, w którym wydatki na naukę i szkolnictwo wyższe zostały zaplanowane na poziomie nieco ponad 1% PKB. Jest to najniższy wskaźnik od początku reformy zapoczątkowanej ustawą z 2018 roku. Co więcej, zaprojektowane nakłady są kilkukrotnie niższe od średnich wydatków w państwach należących do OECD.

My także przyjmujemy tę informację z niepokojem. I szykujemy się do protestu całego naszego środowiska: organizowanej oddolnie akcji „3% dla nauki, 100% dla Polski”, w tym planowanej w jej ramach demonstracji. Komisje akademickie Inicjatywy Pracowniczej, zrzeszone w sieci Koordynacji Branżowej Nauki i Edukacji, w środę, 27.05.2026 b.r., o godz. 13:00 (!!!) będą pod Sejmem, by wykrzyczeć sprzeciw wobec narzucanych przez Ministerstwo polityk „zaciskania pasa”.
Przypomnijmy pokrótce, jakie są konsekwencje dominującej polityki głodzenia uniwersytetów. I jak nielogiczna jest ta neoliberalna logika, w myśl której wymaga się od nas jako pracowników-akademików konkurencyjności, innowacyjności, wysokiej jakości badań oraz dydaktyki, przy równoczesnym ograniczaniu finansowania i systematycznym osłabianiu materialnych podstaw funkcjonowania naszych zakładów pracy. 

Pracownicy sektora nauki muszą mieć za co żyć”
“Stabilne i godne warunki dla studentów i doktorantów”

Tak brzmią pierwsze dwa postulaty zaplanowanej na 27 maja demonstracji „3% dla nauki, 100% dla Polski”.

Wiemy, że przeważająca liczba osób studiujących, także doktoryzujących się, zmuszona jest łączyć naukę czy prowadzenie badań z pracą zarobkową. Dotyczy to także młodych stażem pracowników. Jak powiedział w czwartek (14.05.2026)  minister Marcin Kulasek (podczas rozmowy z Beatą Lubecką w programie „Trzy pytania na koniec dnia” – zob. fragmenty wywiadu na naszym profilu FB lub IG):

Sytuacja jest ekstraordynaryjna, tych pieniędzy nie ma tyle. A jeszcze, żeby była jasność, też są inne możliwości, z których można… Można skorzystać, żeby tą pensję zwiększyć. I większość naukowców tak robi…

Dostęp do edukacji wyższej jest coraz silniej uzależniony od statusu ekonomicznego. Nierówności nie kończą się jednak na etapie studiowania — one wchodzą w samą strukturę kariery akademickiej. Jak szukać pracy na uczelniach publicznych? Jak ktoś, kto kocha naukę i aspiruje do tego, by w przyszłości ją współtworzyć, ma odnaleźć się w tym systemie? Trzeba mieć mocne „plecy” albo obrócić własne badania w maszynkę do punktów z ministerialnej listy czasopism (i do podążających za tymi punktami grantów). Połamania nóg, jeśli początek kariery uzupełniać musisz pracą po godzinach. Ilu pasjonatów zostaje wypchniętych z systemu jeszcze zanim na dobre zacznie pracę? [zob. M. Jakubowiak, Koniec z Akademią, „Dwutygodnik”]

Szkolnictwo wyższe, które z założenia powinno być niekomercyjne, ulega komercjalizacji.  Uniwersytety coraz rzadziej są postrzegane przez ich decydentów-władze jako „dobro wspólne”. W polskiej akademii pieniędzy brakuje nie tylko na prowadzenie badań. Publiczna infrastruktura socjalna jest systematycznie wygaszana albo oddawana w ręce prywatnego biznesu: zamiast tanich stołówek dla studentów i pracowników – co by wspomnieć kluczowe postulaty studenckich inicjatyw naszego Związku –  uczelnie otwierają przestrzeń dla lokali „Premium”, dostępnych dla wybranych (jak w przypadku BUW). Dorzućmy do tych trudności system stypendiów i wsparcia socjalnego: pomoc dla studentów i doktorantów od lat pozostaje niewystarczająca, a wysokość świadczeń symboliczna względem realnych kosztów życia. Studenci są „konsumentami”, których należy zadowolić jak najmniejszym kosztem: obcina się programy, zatrudnia dydaktyków na śmieciówkach, przyjmuje się na studia więcej ludzi niż pozwala na to infrastruktura. Do komercjalizacji edukacji wyższych wykorzystywany jest neoliberalny język „efektywności”, „konkurencyjności” i „nowoczesności” Włodarze akademii kopiują metody z biznesu: podkręcają i mnożą wymogi, a zmiany skrupulatnie wpisują do tabelek oceny okresowej; wprowadzają parametryzacje, audyty, systemy kontroli i rozliczania pracy.

W przywołanym wywiadzie z ministrem Marcinem Kulaskiem Beata Lubecka przypomina: w Polsce są instytucje badawcze, w których pensja zasadnicza doktora zatrudnionego na stanowisku asystenta przekracza płacę minimalną o całe 19 złotych… W odpowiedzi minister namawia młodych stażem akademików do szukania dodatkowych fuch. Mowa o grantach, pracy w czasopismach czy dodatkowych zleceniach dydaktycznych, często w obrębie tej samej uczelni (zob. niżej). Tylko czy publiczna nauka i edukacja powinna opierać się na „dorabianiu po godzinach”? Zwłaszcza, że kultura organizacyjna naszych zakładów pracy także w tym wypadku wzmacnia nierówności. Jedni mają przychylnych promotorów, kierowniczki, tym samym dostęp do sieci kontaktów, projektów i dodatkowo płatnych aktywności. Inni wykonują równie potrzebną pracę, opierając się na „suchej” pensji. A praca tych pierwszych nie istnieje bez drugiej grupy. Nie, minister nie ma racji: nie każdy w akademii może skorzystać i swoją pensję zwiększyć.

Dodam, że uczelnie to instytucje wyjątkowo podatne na ułudę „kultury zap***rdolu”. Pracownik akademicki — z definicji zobowiązany do ciągłej samodyscypliny, „samozarządzania” i samomotywacji — jak mało kto ucieleśnia dziś proces podporządkowywania życia pracy (wszak monetaryzuje własną pasję!). Dotyczy to nie tylko czasu poświęcanego na badania i dydaktykę, lecz także zadań organizacyjnych i form współpracy, które podtrzymują proces produkcji wiedzy, i które coraz częściej zostają wciągnięte w logikę akademickiej konkurencji. Jak podkreśla Franciszek Chwałczyk, praca akademicka to także praca emocjonalna: często realizowana w samotności, w modelu, który nas polaryzuje i zmusza do ciągłego porównywania wyników, nie dając wglądu w to, ile realnie pracują inni. Nic dziwnego, że jednym z podstawowych rytuałów życia akademickiego stało się nieustanne narzekanie na przepracowanie. Z jednej strony jest to wyraz realnego przepracowania; z drugiej strony — to nasz sposób maskowania lęku przed tym, że robimy „za mało”, publikujemy „za mało”. Presja nas przerasta.

W akademii porównujemy się więc przez pryzmat efektów, ignorując, jak bardzo różnią się warunki naszej pracy. Jako akademickie komisje IP bijemy na alarm: na publicznych uczelniach narzędziem zarządzania kadrami stają się umowy cywilnoprawne. Moje koleżanki i koledzy z pracy latami uczą studentów w oparciu o śmieciówki, w stanie chronicznej niepewności, bez prawa do elementarnego bezpieczeństwa socjalnego i bez pewności, czy za kilka miesięcy nadal będą mieli z czego opłacić czynsz, z kalendarzem akademickim podzielonym na kolejne aneksy i kolejne obietnice (“może od października coś się uda…”); formalnie dostają wynagrodzenie wyłącznie za liczbę przeprowadzonych godzin, w praktyce za darmo przygotowują sylabusy (dokumenty z planami kursów) i materiały dydaktyczne, sprawdzają kolokwia i egzaminy, odpisują na maile osób studiujących, prowadzą obowiązkowe konsultacje, dyżurują przed poprawkami, wpisują oceny do systemów, wypełniają dokumentację i organizują zajęcia, wykonując dziesiątki godzin niewidzialnej pracy, bez której uczelnia po prostu nie byłaby w stanie funkcjonować, a studenci — uczyć się. Trudno skupiać się wyłącznie na własnych problemach, kiedy obok pracują osoby, które z semestru na semestr nie wiedzą, czy nadal będą miały zatrudnienie, nie mają podstawowej ochrony pracowniczej i praktycznie żadnego wpływu na decyzje podejmowane na uczelni.

Równolegle rośnie grupa pracowników projektowych, utrzymujących się z grantów, funkcjonujących poza systemem awansów, wyłączonych z mechanizmów waloryzacji płac i równie często pozbawionych elementarnego bezpieczeństwa zatrudnienia. Nasze koszule, żakiety czy marynarki wyglądają tak samo, a warunki pracy to temat tabu, napędzany przez niesprawiedliwe warunki pracy, podtrzymywany przez poczucie wstydu i nasze własne kompleksy: dyskryminacji i nierówności nie widać, gdy mijamy się na wydziałowych korytarzach.

Neoliberalizacja edukacji wyższej w Polsce, czyli demontaż demokracji

Powiedzmy jeszcze o tym, jak neoliberalna logika demontażu uniwersytetu wykracza poza mury uczelni i jak wpływa na szersze życie społeczne i polityczne. Dekadę temu ukazała się pewna książka: Demontaż „demosu”. Neoliberalna cicha rewolucja (Undoing the Demos: Neoliberalism’s Stealth Revolution, wyd. Zone Books 2015). Jej autorka, Wendy Brown, analizuje przemiany demokracji i życia publicznego wywołane przez neoliberalizm – rozumiany nie tylko jako model gospodarczy, lecz przede wszystkim jako dominująca „racjonalność”, ideologia podporządkowująca wszystkie obszary życia logice rynku (s. 31). Przy czym Brown pokazuje, że współczesne państwo, instytucje publiczne i sami obywatele zaczynają dziś funkcjonować niemal jak przedsiębiorstwa; człowiek zostaje sprowadzony do roli „kapitału ludzkiego”. To przekłada się na język: demokracja, równość czy autonomia polityczna są stopniowo wypierane przez kategorie wzrostu gospodarczego, konkurencyjności i efektywności ekonomicznej (patrz słynne „there is no such thing as society” M. Thatcher: nie ma społeczeństwa, jest tylko rynek i konkurujące ze sobą jednostki).

Ostatni rozdział książki dotyka problemu degradacji i „głodzenia” publicznych uniwersytetów. Jak przekonuje Brown, coraz trudniej wyjaśnić, dlaczego uniwersytety, biblioteki, szkoły czy parki miałyby pozostać publicznie dostępne i finansowane ze środków publicznych. Coraz częściej zakłada się, że koszty ich funkcjonowania powinni ponosić wyłącznie ci, którzy  „konsumują” usługi oferowane przez te instytucje. W tym sensie neoliberalizacja szkolnictwa wyższego osłabia demokratyczną funkcję nauki, redukując ją do narzędzia produkcji kapitału i wzrostu gospodarczego. Akademia przestaje kształcić obywateli do uczestnictwa w życiu publicznym, a zaczyna wytwarzać „kapitał ludzki” – jednostki zobowiązane do nieustannego zwiększania swojej rynkowej wartości. Rosnąca presja na kształcenie zawodowe i badania o bezpośredniej użyteczności rynkowej podważa zarazem autonomię uczelni, wolność badań i edukację rozwijającą krytyczne myślenie (s. 183). Przy okazji redefinicji ulega sama demokracja: zamiast przestrzeni wspólnego działania i sporów o dobro wspólne staje się domeną ekspertów, wskaźników efektywności i ekonomicznych kalkulacji.

Sytuacji nie pomaga import do Europy amerykańskich wojen kulturowych i narracji politycznych made in USA, krytykujących nie tylko wydatki na sektor publiczny, lecz także samych naukowców: atakując ich jako darmozjadów, kastę utrzymującą się z pieniędzy (innych) podatników; uprzywilejowaną grupę, której działalność ma zerową wartość gospodarczą czy wręcz ujemną wartość społeczną (patrz: krytyka „liberalnych” elit akademickich na prawej flance; narracje podważające antropogeniczny charakter kryzysu klimatycznego etc.). Akademia w Ameryce została zepchnięta do defensywy, politycy zaczęli definiować ją nie jako część rozwiązania, lecz źródło problemów [zob. Unmaking the public university Christophera Newfielda, 2011].

Konsensus między amerykańską prawicą i lewicą: (1) pieniędzy publicznych na szkolnictwo wyższe nie ma i nie będzie; (2) uczelnie wymagają restrukturyzacji w celu zwiększenia ich efektywności – rzecz jasna, w sposób podporządkowany przede wszystkim potrzebom rynku i oczekiwaniom dominujących klas ekonomicznych. Pierwszy punkt odhaczony także i w Polsce. Postarajmy się, by odwrócić ten trend, zanim lokalni liberałowie i prawica podadzą sobie ręce także w punkcie drugim.

***

Potrzebujemy natychmiastowej zmiany kursu, ta jednak nie wydarzy się sama. Nie dokona się ani poprzez kolejne technokratyczne reformy, ani przez korekty wskaźników czy administracyjne „usprawnienia”. Wymaga realnej koalicji sił społecznych i politycznych oraz skupienia zasobów, które pozwolą wyznaczyć alternatywny kierunek rozwoju publicznych uczelni. Przy czym walka o finansowanie nauki i zmianę polityki wobec szkolnictwa wyższego nie może być traktowana jako techniczna kwestia budżetowa: musi być zakorzeniona w istniejących strukturach politycznych i ruchach społecznych: w związkach zawodowych działających na uczelniach i poza nimi, w organizacjach i grupach studenckich i formach samoorganizacji społecznej.


Jan Skarbek-Kazanecki
Koordynacja Branżowa Nauki i Edukacji Inicjatywy Pracowniczej
Łódzka Komisja Akademicka IP


Dziękuję za korektę i uwagi Annie Romanowicz
z Komisji Międzyzakładowej przy Uniwersytecie Jagiellońskim




OZZ Inicjatywa Pracownicza
Komisja Krajowa

ul. Kościelna 4/1a, 60-538 Poznań
514-252-205
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
REGON: 634611023
NIP: 779-22-38-665

Przystąp do związku

Czy związki zawodowe kojarzą ci się tylko z wielkimi, biurokratycznymi centralami i „etatowymi działaczami”, którzy wchodzą w układy z pracodawcami oraz elitami politycznymi? Nie musi tak być! OZZIP jest związkiem zawodowym, który powstał, aby stworzyć inny model działalności związkowej.

tel. kontaktowy: 514-252-205
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Kontakt dla prasy

tel. kontaktowy: 501 303 351
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

In english

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.